Poświęcenie Kaplicy wschodniego obrządku w WSD CR w Krakowie

Drukuj
Email

14 lutego 2010 roku w Wyższym Seminarium Duchownym Polskiej Prowincji Zmartwychwstańców biskup Christo Proykov – egzarcha sofijski dokonał pobłogosławienia kaplicy wschodniego obrządku pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego i świętego Jozafata Kuncewicza, biskupa i męczennika. Wykonana przez kleryków – miłośników liturgii bizantyjskiej, jest pięknym przyczynkiem do naszej najstarszej misji wśród Bułgarów.

Kiedy w naszym domu pojawił się komplet wschodnich szat liturgicznych i dwie ikony do celebracji Boskiej Liturgii nikomu z nas nawet do głowy nie przyszło, nawet przez myśl nie przemkło, że doczekamy w budynku przy Pawlickiego 1 kolejnej kaplicy - wszak było ich wtedy już trzy - i to wschodniego obrządku. Ale drobnymi krokami trochę nieświadomie, trochę bez perspektyw, trochę potajemnie – więc może nie tak jak należało; taka myśl zaczęła kiełkować wśród nas, kilku młodych kleryków, którzy z fascynacją i wlepionymi ślepiami i uszami chłonęliśmy całym sobą nabożeństwo złotoustowej Liturgii jakie odprawiali nam w seminaryjnym kościele Ojcowie z Bułgarii okazjonalnie przejeżdżający przez Kraków.

Dzięki wielu naszym sprzymierzeńcom, wszak sam pomysł powstania nowego oratorium w naszej wspólnocie przez nikogo źle nie był oceniany, nasze idee stawały się rzeczywistością. Trudno tu może teraz wymieniać naszych dobrodziejów ale wspomnijmy brata Mariusza – naszego ekonoma, moich rodziców, naszych współbraci z Niemiec, szczególnie Ojca Jana Sorokę i wielu innym. Nie sposób tu nie wspomnieć Ojca Andrzeja Sosnowskiego, naszego ówczesnego rektora, który przecież zgadzając się na moje zwariowane pomysły praktyk na kursie ikonopisarskim w Opolu, czy w naszych wspólnotach w Bułgarii dał możliwość rozwijania się naszych pasji i zdolności. Dzięki temu choć odrobinę umiejętności tworzenia świętych obrazów i znajomości języka i liturgii bułgarskiej znalazła się w naszej wspólnocie.

Ale wróćmy do realizacji. Ostatnie pomieszczenie w naszej piwnicy, będące suszarnią, której nawet pani Grażynka, zajmująca się czystością naszych ubrań, nie chciała używać – w przyszłości miało się stać miejscem naszej modlitwy. I tak po kolei od usunięcia linek do suszenia bielizny, przez łatanie zgrzybiałych ścian, aż po pastowanie podłogi zaczęliśmy temu pomieszczeniu zadawać coraz przyjaźniejszy kształt i charakter. Wszystko uskutecznialiśmy wieczorami, w wolnych od zajęć chwilach – choć trzeba powiedzieć, że najwięcej chciało się robić gdy nadchodziła sesja egzaminacyjna, bo wtedy człowiek szukał jakiejkolwiek wymówki i zajęcia, żeby tylko oderwać się do książek. Zakończyliśmy ustawiając dwie świeżo napisane ikony i zawieszając na haku uszyte szaty liturgiczne. I pewnie na tym by się skończyło, ale nie. Wizyty kolejnych gości, zwłaszcza pielgrzymów z Bułgarii, którzy u nas się zatrzymywali, zapalały nas do nowych pomysłów. Szybko ściany naszego pomieszczenia zapełniły się postaciami świętych, którzy stopniowo wyłaniali się spod pędzli Michała Szlachciaka, Mikołaja Lipitaka i mojego. Lotny zmysł artystyczny Ojca Lucjana Bartkowiaka wciąż poddawał nam nowe idee, które czyniły owo pomieszczenie coraz bardziej sakralnym oraz coraz bardziej bizantyjskim i bułgarskim.

Był to także wspaniały czas odgrzebania w naszych starych zasobach seminaryjnego koła misyjnego pamiątek, które ongiś przez starania, wcześniejszych kleryków, a dziś poważnych kapłanów, opuściły Bułgarię i znalazły się u nas. Stary kielich, łyżeczka do udzielania Komunii, krzyż do błogosławieństwa to tylko kilka z nich. Te przedmioty, a także nieoczekiwanie znalezione księgi liturgiczne z Bułgarii były trwałym dowodem, że nie my pierwsi w murach tego seminarium pałaliśmy miłością do Wschodu.
Najcenniejszą jednak pamiątką okazała się płoszczenica – płótno przedstawiające złożenie Chrystusa do grobu używane w liturgii Wielkiego Tygodnia przez wschodnich chrześcijan. Jak się okazało zabytek sprzed kilku wieków, niszczał i poniewierał się po zakamarkach naszych piwnic i dekoratorni. Dzięki uprzejmości o. Tadeusza Gajdy, ówczesnego prowincjała naszej prowincji znalazły się osoby, które podjęły się renowacji tej tkaniny, a później i pieniądze na pokrycie kosztów tego przedsięwzięcia.

Również nowy przełożony naszego domu i rektor seminarium, Ojciec Henryk Rojek nie szczędził dla nas pochwał i pokrzepiających słów pomagających w kontynuacji powziętego pomysłu. Nieocenioną jednak okazała się opatrznościowa decyzja przełożonych o przeniesieniu do naszej wspólnoty Ojca Romana Kotewicza – archimandryty i wieloletniego misjonarza w Bułgarii, który w naszym domu miał spełniać funkcję spowiednika i referenta misyjnego oraz poświęcić czas na podreperowanie swojego zdrowia. Tymczasem poza tymi rzeczami całą swoją duszę oddał powstałej kaplicy i z czasem zyskał żartobliwy przydomek jej proboszcza. To dzięki niemu stała się ona miejscem żyjącym, tętniącym modlitwą, cotygodniowym śpiewem pokornego Gospodi pomiłwaj – Panie zmiłuj się niedzielnych Liturgii, które nam odprawiał. Teraz wszystko co zrobiliśmy stało się nagle potrzebne, miejsce, szaty, wybudowany ikonostas, przywiezione z Małko Tyrnowo nuty – wszystko znalazło swoje właściwe środowisko – Boską Liturgię. Dzięki pobytowi Ojca Romana i jego staraniom udoskonaliliśmy kaplicę, uzupełniliśmy brakujące utensylia, które niestrudzenie, dzięki różnym sponsorom brat Mikołaj przywoził z każdego urlopu na Ukrainie. Ale przede wszystkim przeżyliśmy cały rok liturgiczny i mieliśmy możliwość uczestniczyć w obchodach najważniejszych świąt i poznać ich tradycje, liturgie i śpiewy. Od poświęcenia wody w Święto Jordanu aż po święta Paschy.

Wielu podziwiało efekty naszej pracy, Ojciec Stefan Koperek i inni profesorowie instytutu liturgicznego przychodzili, zdumiewali się i przysyłali swoich studentów, bo jak powiedział jeden z wykładowców liturgiki porównawczej: w Krakowie jak się uczyć liturgii wschodniej to tylko u zmartwychwstańców. Nam jednak wciąż brakowało czegoś. Pomimo tylu gości nie wyszliśmy z symbolicznej piwnicy, wciąż to nasze miejsce było naszym osobistym poletkiem, brzydko mówiąc prywatą, którą sobie uprawialiśmy. A nie jest to przestrzeń najlepsza do sprawowania liturgii, która jak uczy nas Sobór Watykański II jest dziełem całego Kościoła, oficjalną czynnością całego ludu Bożego z Jego Głową – Chrystusem. Brakowało nam błogosławieństwa ze strony władz kościelnych.

Biskup Christo Proykov, egzarcha Kościoła partykularnego w Bułgarii, którego liturgią posługiwaliśmy się wiedział co prawda o naszej inicjatywie i nie miał nic przeciwko, nie wydał jednak żadnego pisma, czy błogosławieństwa, będąc niepewny swoich kompetencji na terenie poza Bułgarią. Nic nie mieli przeciwko także przełożeni naszego Zgromadzenia, ale to też nie było to o co nam chodziło. Kiedy na czele naszej prowincji stanął Ojciec Wiesław Śpiewak, ojciec Roman rozpoczął starania o oficjalne zatwierdzenie kaplicy. Sytuacja nabrała dodatkowego przyspieszenia gdy niespodziewanie dowiedzieliśmy się, że biskup Proykov będzie niebawem w Polsce i wyraził swoją gotowość pobłogosławienia kaplicy jeśli tylko zostaną załatwione wszelkie potrzebne formalności. Dzięki staraniom ojca Wiesława udało się tego dopełnić i kilka dni przed przyjazdem biskupa na naszym stole znalazł się list od kardynała Dziwisza, w którym wyraził swoją aprobatę dla naszego przedsięwzięcia i zezwolił na pobłogosławienie kaplicy. Jaka radość zapanowała w serach naszych, a szczególnie ojca Romana, tego nie sposób opisać. Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania, od tekstów liturgicznych aż po malowanie korytarza, którego pomysłodawcą i fundatorem był o. Henryk.

Kiedy nadszedł dzień 14 lutego 2010 roku z niecierpliwością czekaliśmy na ojców Romana i Andrzeja Sosnowskiego, którzy uczestniczyli w sympozjum na temat Kodeksu Kanonów Kościołów Wschodnich w Sandomierzu, na którym gościł biskup Christo, a kiedy oni już dojechali na samego biskupa. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu zawitał on nie sam ale w towarzystwie innych gości sympozjum: egzarchą Aten Dimitrosem Salachasem, prfesorem Gerogem Dimitrym Gallaro z Pittsburgha i biskupem Krzysztofem Nitkiewiczem. Skoro weszli do kaplicy, która przecież poświęcona jest tajemnicy Zmartwychwstania, odśpiewali po grecku Christos anesti ek nekron – Chrystus powstał ze śmierci – starożytny troparion Wielkiej Niedzieli i udali się z powrotem do Sandomierza, zaś biskup Proykov począł nam wyjaśniać przebieg liturgii poświęcenia.

Wcale nie okazało się to takie łatwe jak myśleliśmy. Spodziewaliśmy się krótkiej modlitwy i pokropienia, i to wszystko; tymczasem uroczystość okazała się imponująca. Wszyscy wierni: domownicy, zaproszeni goście, siostry zakonne, współbracia z naszego postulatu z wicerektorem na czele, wszyscy w liczbie kilkudziesięciu zebrali się przed drzwiami kaplicy, gdzie wszystko się zaczęło.

Biskup rozpoczął w towarzystwie koncelebrantów: Archimandryty Ojca Romana, kaznodziei obchodzonej uroczystości Ojca Koperka, Ojca Prowincjała Wiesława Śpiewaka, Przełożonego domu Ojca Henryka oraz Diakona Michała i jednego, jak to zostało nazwane ministranto-chórzysty, któremu już rąk brakowało by trzymać potrzebne sprzęty liturgiczne i tchu by odpowiadać na wezwania celebransa. Aż trudno powiedzieć, że pobłogosławienie tej małej kapliczki było bardziej skomplikowane od poświęcenia kościoła seminaryjnego. Zgodnie z konstrukcją każdej cerkwi miało ono trzy etapy, każdy z nich zawierał pokorną modlitwę na kolanach – co w liturgii wschodniej jest naprawdę rzadkie – i poświęcenie odpowiedniej części świątyni. Najpierw przed drzwiami głównymi pokropienie wiernych i ścian zewnętrznych w towarzystwie śpiewu modlitw dotyczących wezwania cerkwi – w naszym przypadku Zmartwychwstania Pańskiego i świętego Jozafata Kuncewicza. Dalej otwarcie drzwi krzyżem i poświęcenie wnętrza kaplicy oraz wejście do prezbiterium, modlitwa na jego środku i poświecenie miejsca składania Ofiary Mszy Świętej to kolejne stopnie zbliżania się do serca kaplicy jakim jest ołtarz. Namaszczenie ołtarza i ścian to uwieńczenie pobłogosławienia i piękny znak wybrania tego miejsca dla sprawowania Liturgii, która od tego momentu potoczyła się zwykłym biegiem, jaki wyznaczył jej Jan Chryzostom.

Wiele pięknych słów padło podczas owego wieczoru. Kazanie o. Stefana pracującego onegdaj w Bułgarii starało się przybliżyć wszystkim piękno wschodniej liturgii, a wypowiedź biskupa wspomniała wieloletnią pracę zmartwychwstańców na rzecz Kościoła w jego Ojczyźnie, w którą wpisuje się i ta kaplica, która jak powiedział: pomimo tylu kilometrów pozwala mu odczuć powiew Bułgarii na ziemiach Polski. I na koniec jeszcze prośba o modlitwę za jego rodaków i posługiwanie biskupie. To wszystko zobowiązuje. Miejmy nadzieję, że Bóg będzie temu dziełu – misji wśród wschodnich Bułgarów - błogosławił. Niech Matka naszego Zbawiciela, tak która spogląda na nas z ikony ofiarowanej dla naszej kaplicy przez biskupa, z wizerunku Maryi z bułgarskiej Częstochowy – monastyru ryslkiego – wyprasza naszemu Zgromadzeniu, a zwłaszcza naszym współbraciom z nad Morza Czarnego obfitą, Bożą przychylność.


* *

Umilkły bizantyjskie śpiewy i dzwonki złotej kadzielnicy. Dyma z kadzidła już opadł i płomienie przestały tańczyć na knotach lamp oliwnych. Z pewnością my jeszcze tam wrócimy z ojcem Romanem by znów wejść do tego „nieba”, gdzie z aniołami i świętymi sprawuje się Boskie Tajemnice, ale czy po naszym odejściu znajdą się następni, czy na kolejną grupę zapaleńców trzeba będzie czekać kolejnych kilkanaście lat? Być może tymczasem niech te pobłogosławione mury służą naszym braciom przyjeżdżającym z Bułgarii wraz z ich wiernymi oraz przypominają nam, że Kościół ma dwa płuca, którymi winien oddychać i że nasze Zgromadzenie od tylu lat tak właśnie czyni.

Wpisany przez Marcin Ćwiek CR Sobota, 27 Luty 2010 17:32